»UK   Fizyka teoretyczna na usługach wiary czyli do czego potrzebny mi Jezus Chrystus

/status/
SinUs
grupa zostaje z(a)wiązana
domena SinUsTeam.org dla niej zabrana
timTen to MAKS cztery luda
nie mają ograniczeń i wierzą w cuda
jedno ich tylko wybrane zadanie
urokliwe acz niezasłyszane
czesać kasę życia użyć
p(i)różności własnej służyć
nie lękać się zbója ni smoków gromady
nigdy nie odmawiać nauczycielowi porady
w domku promyk nadziei gościć
kiedy trzeba gośćmi rościć
kręcić przelewać trybiki przesuwać
maski nakładać czaszki rozprufać
szare komórki zgrabnie szlifować
i nader wszystko... (F/M)ilować

· genesis
· teamTen
· kontakt

>home & Lem@:
SinUs Team nie przechowuje danych osobowych kogokolwiek.

+

Usłyszałem kiedyś, a był to swego rodzaju komentarz do najsłynniejszej powieści Dana Brown'a, że największym ciosem dla chrześcijaństwa byłoby odkrycie grobu Jezusa z Nazaretu. Wtedy podstawy wiary runęłyby w gruzach i nic nie powstrzymałoby tej religii od nieuchronnego końca. Tak, tak by mogło być. Jednakże...


Fizyka teoretyczna jest dziedziną, która polega na wymyślaniu nowych idei i praw. Ubiera się je w odpowiedni aparat matematyczny, a następnie próbuje zweryfikować doświadczalnie. I jeśli się to uda, uznaje się je za obowiązujące prawo. Zastosujmy tę metodę w stosunku do Jezusa Chrystusa.
Załóżmy więc, że jest to postać całkowicie fikcyjną, wymyślona na potrzeby grup trzymających władzę o owym czasie. Że nic, co znajdujemy w Nowym Testamencie czy przekazach historycznych, nie miało miejsca. Bo niby jak można je zweryfikować? Przecież każdy mógł sobie zmyślić dowolną powiastkę i wpisać do pisanej przez siebie księgi. Historyk też człowiek, mógł się przecież naćpać albo cierpieć na schizofrenię tudzież inne dotkliwe choróbska zmieniające postrzeganie świata.

Chociaż nie, to złe założenie. Gdyby było prawdziwe, nigdy by grobu Jezusa nie odnaleziono, bo po prostu by nigdy nie istniał. Załóżmy więc, że jednak Jezus żył. Że był synem cieśli i że został zatrudniony w sekretnym spisku przez ówczesnego władcę, któremu marzyło się zagranie na nosie Żydom, w charakterze wędrownego aktora. Jego zadaniem było odgrywanie roli mesjasza. Rolę swą odegrał tak przekonywująco, że aż się dał ukrzyżować i już miał teoretycznie zmartwychwstać trzeciego dnia, kiedy okazało się że jednak rany odniesione przy ukrzyżowaniu były śmiertelne i nasz bohater kipnął naprawdę. Skoro tak, to trzeba było dyskretnie wykraść ciało, co jak się okazało później było strzałem w przysłowiową dziesiątkę i teraz było już tylko tak ukryć nowy grób, aby go nigdy nie odnaleziono i można było tworzyć nową religię pisząc zbawcze księgi i rozgłaszając je wszem i wobec.
Hm... może i tak to było, któż to wie. Ale czy to ma decydujące znaczenie dla losów chrześcijaństwa? Katolicy upatrują w Jezusie syna Bożego, ale nie tylko taka jest jego rola. Był on także, a może przede wszystkim, nauczycielem. Nie zapominajmy o tym. On po prostu pokazał ludziom drogę: jak należy żyć, co jest ważne, a co bez znaczenia. To ogromna zasługa Jezusa Chrystusa. A najistotniejsze, że Nazarejczyk nauczał najważniejszego - kochać bliźniego jak siebie samego. Tak to przecież zostało przesz niego powiedziane i jest to drugie, zaraz po miłości do Boga, przykazanie. Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego! Czyż to nie piękna idea? Tak, to ładne, ale niestety cholernie trudne. Świat chyba nie jest jeszcze gotowy by żyć miłością, do której nawoływał Jezus. I uwaga ta odnosi się także do chrześcijan. Niestety.
Widać to najpełniej po każdej z mszy świętej, kiedy ludzie wychodzą z kościoła. Zazwyczaj spotykają tam żebrzących, jedną... dwie... czasem trzy osoby, a bywa że i więcej. Ale zwykle mijają ich bez chwili nawet zadumy. Kiedyś widziałem scenę, w której nikt, powtarzam nikt, nie wrzucił nawet grosika do puszeczki żebrzącego (a właściwie żebrzącej i to z małym dzieckiem na ramieniu). Wstyd! Wstyd! Zwłaszcza, że uczestnikami mszy byli głównie ludzie młodzi, raczej dość dobrze sytuowani, dla których złotówka czy nawet dwie nie stanowiłyby zapewne problemu. Widać to było po ciuchach, w których przyszli i jakimi samochodami odjeżdżali. Czy oni rozumieją coś z chrześcijaństwa? Po co przychodzą do kościoła? Żeby tylko "zaliczyć" kolejną mszę, czy może jednak coś z niej wynieść?
W pewnym małym kościółku na Starówce wierni wspierają potrzebujących stosunkowo często (oceniam że robi to jedna na 5-6 osób), a przychodzą tam głównie ludzie starsi (zwłaszcza na mszę na 8:30), to jest tacy, dla których każda złotówka może być istotnym składnikiem emerytury czy renty. Czy to jest w porządku?
Nie tak to powinno być moi państwo! Oj, nie tak!

/Mateusz 25/
41
Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!

42
Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;

43
byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;
byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie."

44
Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?"

45
Wtedy odpowie im: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili".



I niech teraz każdy, po przeczytaniu słów Nowego Testamentu, zada sobie proste pytanie: co mam przez swoje działanie czy zaniechanie (praktycznie to samo!) do zyskania, a co do stracenia? Tylko tyle i aż tyle. Nie trzeba być mędrcem, aby dojść do jedynego, słusznego wniosku.